niedziela, 7 marca 2010

Sezon 2010 rozpoczęty!

W sobotę po raz pierwszy temperatura na zewnątrz wskazująca 19 stopni powyżej zera, sprowokowała mnie do przejażdżki po mieście. Okazja tym bardziej szczególna, ponieważ koleżanka zamieniła słabowitego BMW GS650 na sporo młodszego i zrywniejszego Bandita 650. Pojemność niby taka sama, ale 50 koników a 78, różnica spora.

Po południu przeleciałam się jeszcze nad Zegrze, no ale już w drodze powrotnej solidnie mnie zmoczyło. Tu się przydały nieocenione podgrzewane manetki, które sobie sprawiłam przed sezonem, no i równie nieoceniony kombinezon przeciwdeszczowy.

W każdym razie wypad się udał.

W niedzielę postanowiłam wykorzystać Hondę w charakterze muła roboczego, ale niestety muł okazał się mocno spragniony i kilkadziesiąt metrów od stacji benzynowej, zdechł. Na szczęście daleko nie było, dopchałam rumaka na stację, zatankowałam i popędziłam na zajęcia z 20-minutowym opóźnieniem. Zajęcia, które ja miałam prowadzić ;-) Studenci mieli trochę więcej czasu, by przygotować się do egzaminu, jaki mieli po moich zajęciach, więc nie mieli mi za złe spóźnienia.

środa, 16 grudnia 2009

Rumunia część 2










































Z Polski do Rumunii

Rumunia 2009

Dzień 1
Wtorek 18 sierpnia 2009


Z Warszawy wyjechałam po 14-ej z ambitnym zamiarem dojechania jeszcze tego samego dnia do Tokaju. Nie spodziewałam się, że tak szybko się ściemni, a roboty drogowe i oślepiające światła samochodów tak bardzo spowolnią moje tempo jazdy. W rezultacie na granicę ze Słowacją dotarłam dopiero około 23-ej. Wtedy też zauważyłam utratę dwulitrowej butelki Coca-Coli, która po opróżnieniu miała mi służyć za pojemnik na zapasowe paliwo. Spakowałam się jakbym jechała na Sybir, a i tak ciągle myślałam o rzeczach, które mogłam wziąć, a nie wzięłam. W końcu to moja pierwsza tak daleka podróż motocyklem. Inspiracją do niej była dla mnie wyprawa Oli i Jurka, którzy przed swoją wielką wyprawą relacjonowaną na www.worldonbikes.pl wybrali się najpierw do Transylwanii i opisali swoją podróż w Motovoyager.pl. Honda CBF 600 to nie Africa Twin, ale... też Honda! Musi się udać! Kto mówi, że do Rumunii można jeździć tylko na motocyklach typu enduro? Owszem, nasłuchałam się i naczytałam relacji o fatalnych drogach, cygańskich dzieciach, które potrafią zniszczyć sprzęt i bagaż, jeśli nie dasz im cukierków, no i przede wszystkim bałam się tego, że jadę sama. Miały być trzy motocykle, ale okazało się, że koleżanki wyjeżdżają kilka dni wcześniej i mają troszkę inną koncepcję zwiedzania. Ja od początku chciałam jechać od północy, a one wolały Morze Czarne. Odkąd obejrzałam podróże Micheala Palina po Europie Wschodniej, zapragnęłam zobaczyć na żywo jedyny w swoim rodzaju „Wesoły Cmentarz” w Sapancie, który zasłynął niekonwencjonalnymi nagrobkami, w barwny (dosłownie) sposób przedstawiającymi zmarłych. A zatem kierowałam się na Satu Mare.

W Barwinku posiliłam się, napiłam kawy, odsapnęłam chwilkę i już miałam jechać, kiedy dopadł mnie podchmielony kierowca TIR-a. Udałam, że go nie widzę, ale on wyraźnie zaaferowany niósł coś w obciętej plastikowej butelce i koniecznie chciał mi to pokazać. Okazało się, że był to martwy wąż. Po chwili zrobiło się wokół nas kółeczko gapiów, bo każdy chciał zobaczyć „jadowitą żmiję”. Powiesiłam węża na poręczy i po krótkich oględzinach w świetle latarki oznajmiłam tonem Wszechwiedzącej, że to zwykły zaskroniec, niejadowity a na dodatek martwy, na co gapie, zaspokoiwszy swą ciekawość, rozeszli się. Kierowca mi uprzejmie podziękował za fachową opinię i oddalił się, życząc mi szerokiej drogi.

Najedzona i podbudowana psychicznie wjechałam na Słowację. Tutaj zaskoczyła mnie nawierzchnia dróg. Masa dziur, ponuro i dziko. Na dodatek przy drodze leżały niezliczone trupy chomików europejskich, które nocą wychodzą na żer i trafiają prosto pod koła rozpędzonych aut. Co więcej, gdy zatrzymałam się przy jednym żywym chomiku, w ogóle nie uciekał, dziwne stworzenia…

Gdzieś między piątą a szóstą rano zgubiłam drogę. Za nic nie mogłam znaleźć przejścia granicznego z Węgrami. GPS wyprowadził mnie na jakieś boczne dróżki i nagle ni stąd ni zowąd znalazłam się w lesie. Zaczynało już świtać, ale twardo postanowiłam, że nie będę się cofać, jadę przed siebie - gdzieś w końcu ta dróżka mnie doprowadzi. Jechałam może 30-40km na godzinę, bo bałam się, że coś mi wyskoczy z tego lasu. I nagle, nieśpiesznym krokiem, z lasu wyszła piękna sarna. Przystanęła, więc ja też, popatrzyła na mnie i dostojnie pomaszerowała dalej. Wkrótce potem znalazłam się na głównej drodze wiodącej na Węgry.

Węgry stanowiły miły kontrast optyczny dla Słowacji, ładne, równe drogi, czytelne znaki, a kiedy wjechałam do Tokaju, przypomniały mi się austriackie miasteczka - czyste, wychuchane, jak z bajki. Na Węgrzech zauważyłam też, że wszyscy rowerzyści jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. Nie wiem czy to moda, czy przepisy, ale tak sobie pomyślałam, ilu rowerzystów ginie w Polsce, bo jadą nieoświetleni w ciemnych strojach…


W Tokaju ograniczenie prędkości wynosi… 30km/h o czym informują nie tylko znaki drogowe, ale także tablice świetlne pokazujące z jaką prędkością nadjeżdżasz. Zrobiłam kółeczko, znalazłam kemping nad rzeką Tisą, gdzie planowałam pierwszy nocleg, spojrzałam na zegarek - 6 rano i postanowiłam jechać dalej. Niestety brak snu, zwłaszcza na motocyklu bywa bardzo uciążliwy i już po niecałej godzinie poczułam, że ogarnia mnie senność. Postanowiłam zjechać w pierwszej lepsze pole i zrobić sobie przerwę. Rozłożyłam karimatę i przysnęłam u boku mojego stalowego rumaka. Około 11:00 obudziło mnie przygrzewające słoneczko, czułam się jak młody bóg. Wstałam, zrobiłam sobie kawę, odświeżyłam się za krzaczkiem, zabrałam swoje śmieci i ruszyłam do Satu Mare.

Granicę przekroczyłam dosłownie kilkanaście, lub dziesiąt kilometrów od mojego miejsca postoju. O ile dotąd nie miałam styczności z pogranicznikami, a wręcz (wstyd się przyznać) na granicy słowacko-węgierskiej chodziłam w poszukiwaniu celnika, o tyle przy wjeździe do Rumunii odbywa się dobrze nam znana z jeszcze nie tak dawnych lat, kontrola paszportów. Celnik zapytał dokąd jadę, a na odjezdne pokazał mi charakterystyczny gest, żebym przygazowała, co ku uciesze gawiedzi zrobiłam. Już po chwili, około 14-ej wjechałam do Satu Mare. Bałam się, że będzie gorzej, ale okazało się, że warszawskie ulice to dobra szkoła przetrwania dla kierowców wybierających się na wschód ;-) Momentami Wschód jest nawet bardziej cywilizowany od Polski i tak np. absolutnym hitem były dla mnie światła drogowe z odliczaniem czasu. Kierowca dojeżdżając do świateł widzi ile ma czasu nim zmieni się światło. Ponieważ trafiłam na spore upały, widząc, że zielone włączy się dopiero za 86 sekund, wyłączałam silnik, żeby mi się nie przegrzał. Innym hitem, który przydałby się w wielu miejscach w Warszawie, były progi spowalniające tuż przed przejściami dla pieszych. Nie potrzeba żadnych świateł, wszystkie pojazdy grzecznie zwalniały, a piesi mogli bezpiecznie przejść przez dwu-, trzypasmową jezdnię.
Z Satu Mare skierowałam się na północny wschód. W pewnym momencie zgłupiałam i nie wiedziałam gdzie jestem, wszak słynna trasa transfogaraska jest w Siedmiogrodzie, a ja tu miałam serpentynę za serpentyną. Wreszcie dojechałam do Sygietu Marmaroskiego (Sighetu Marmaţiei). Według przewodnika, znajduje się tam mroczna pamiątka po reżimie Ceauşescu, więzienie, do którego wywożono więźniów politycznych. Ja jednak miałam jeden cel – „Wesoły Cmentarz" w Sapancie. Okazało się jednak, że dawno przejechałam Sapantę, a ponieważ właśnie pokonałam trudny odcinek wysypany żwirem, nie miałam ochoty zawracać. Poza tym zbliżała się 17:00, a ja od Warszawy nie miałam porządnego noclegu. Zaczęłam się rozglądać za kempingiem lub motelem i rzeczywiście, kilka kilometrów dalej znalazłam pensjonat, a obok gospodę, w której zjadłam swój pierwszy porządny posiłek. Nocleg kosztował mnie 100 lejów, ale opłacało się. Zostałam zakwaterowana w czyściutkim pokoju na drugim piętrze z widokiem na pola. Był też telewizor z kablówką, a że w Rumunii filmy zagraniczne idą w napisach, mogłam sobie pooglądać telewizję. Tuż obok mojego pokoju była spora łazienka z bidetem i prysznicem z oknem. Stoję pod prysznicem i patrzę na uprawę chmielu.

niedziela, 11 października 2009

Dzień Bezpiecznej Jazdy z Hondą i Promotorem

Wczoraj na torze w Lublinie odbył się "Dzień Bezpiecznej Jazdy z Hondą" przy współudziale Promotora - coś na wzór "Suzuki Moto Szkoły". Właściciele motocykli marki Honda mogli się zarejestrować przez internet i wziąć udział w imprezie. Dla mnie była to totalna pierwszyzna - przede wszystkim po raz pierwszy miałam jechać na torze, więc ekscytacja sięgała zenitu. O 7:00 spotkałam się z kumpelą i z grupką "Promotorowców" i ruszyliśmy na Lublin. Do Lublina dotarliśmy przed 9:00. Jeszcze tylko tankowanie do pełna, opróżnienie pęcherzy i jazda na Lublinring. Przy bramie zostaliśmy skierowani do rejestracji, gdzie nas "odhaczono" wręczono obrączki na rękę oraz gadżety w postaci naklejek i breloczka z logo Hondy. Obrączki identyfikowały użytkowników w zależności od stopnia zaawansowania.

Daria i ja dostałyśmy niebieskie - dla początkujących. Zaparkowałyśmy nasze motocykle i udałyśmy się na ok. godzinny wykład z teorii jazdy w wykonaniu Marka Godlewskiego z Promotora. Po wykładzie pierwsza grupa została wywołana do jazdy na torze. W tym czasie udałam się do stoiska Shoei, gdzie oprócz możliwości bezpłatnej konserwacji swoich kasków (marki Shoei, oczywiście) można było wypożyczyć kask do testów. Ponieważ po raz pierwszy nadarzyła się okazja by przetestować kask podczas jazdy PRZED zakupem, wzięłam do testów integrala Raid II w kolorze srebrnym, rzecz jasna - pod kolor motocykla :) Jeszcze przed rozpoczęciem jazd organizatorzy zaproponowali sprawdzanie ciśnienia w oponach i prawidłowego ustawienia SAG. Zarówno Daria jak i ja miałyśmy za dużo ciśnienia w przednich oponach. Po chwili wezwano "niebieskich" do ustawienia się przed bramką na tor. Ja w testowym Shoei'u miałam początkowo problem z zamykaniem i otwieraniem zapięcia DD.
Gdy już wyjechaliśmy na tor, pojawił się kolejny problem: po zamknięciu szybki, bardzo mi przeszkadzał pinlock i w efekcie jeździłam z podniesioną szybką :/ Dopiero po kilku okrążeniach, kiedy się oswoiłam z kaskiem i kiedy dostałam piaskiem po oczach, zamknęłam szybkę i o dziwo okazało się, że wszystko bardzo dobrze widać. Kask się idealnie dopasował do mojej głowy, był o wiele lżejszy i cichszy niż mój Airoh Miro i generalnie w ogóle nie czułam jakbym jechała w nieswoim kasku :) Wracając do samej jazdy po torze, to po początkowych niezdarnych okrążeniach, kiedy pomyliłam kierunki i pojechałam zupełnie gdzie indziej (a Daria za mną ;-) zaczęłam stopniowo poznawać tor i z okrążenia na okrążenie czułam się coraz pewniej.
Mam wrażenie, że na początku siedziałam sztywna jak kołek, przy drugim podejściu, kolano samo się otwierało w zakrętach, a przy trzecim wyprzedziłam Darię na zakręcie i... wyleciałam na trawę :) Na szczęście obyło się bez wywrotki, więc wróciłam na tor i starałam się większą wagę przywiązywać do techniki niż do prędkości. W pewnym momencie zaskoczył mnie dźwięk szlifowanego podnóżka, ale starałam się nie odpuszczać gazu.
To chyba był sygnał, że o większym złożeniu mogę zapomnieć. Ciekawa jestem jak to wyglądało z boku... Przerwa i na tor wjeżdża kolejna grupa - czerwoni. Na czele Łukasz, instruktor z Promotora prowadził resztę grupy dyktując tempo i pokazując technikę. Niektórzy bardzo ładnie jeździli, inni silili się na schodzenie na kolano. Tak czy inaczej taka wycieczka na tor na żywo daje zupełnie nowe spojrzenie na jazdę motocyklem i przede wszystkim na możliwości swoje i własnej maszyny ;) Przed 15:00 zachmurzyło się, więc zerwałam się trochę wcześniej, żeby mnie deszcz w trasie nie zaskoczył. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie będę mogła jeszcze nie raz potrenować na torze.