Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2009

Rumunia część 2










































Z Polski do Rumunii

Rumunia 2009

Dzień 1
Wtorek 18 sierpnia 2009


Z Warszawy wyjechałam po 14-ej z ambitnym zamiarem dojechania jeszcze tego samego dnia do Tokaju. Nie spodziewałam się, że tak szybko się ściemni, a roboty drogowe i oślepiające światła samochodów tak bardzo spowolnią moje tempo jazdy. W rezultacie na granicę ze Słowacją dotarłam dopiero około 23-ej. Wtedy też zauważyłam utratę dwulitrowej butelki Coca-Coli, która po opróżnieniu miała mi służyć za pojemnik na zapasowe paliwo. Spakowałam się jakbym jechała na Sybir, a i tak ciągle myślałam o rzeczach, które mogłam wziąć, a nie wzięłam. W końcu to moja pierwsza tak daleka podróż motocyklem. Inspiracją do niej była dla mnie wyprawa Oli i Jurka, którzy przed swoją wielką wyprawą relacjonowaną na www.worldonbikes.pl wybrali się najpierw do Transylwanii i opisali swoją podróż w Motovoyager.pl. Honda CBF 600 to nie Africa Twin, ale... też Honda! Musi się udać! Kto mówi, że do Rumunii można jeździć tylko na motocyklach typu enduro? Owszem, nasłuchałam się i naczytałam relacji o fatalnych drogach, cygańskich dzieciach, które potrafią zniszczyć sprzęt i bagaż, jeśli nie dasz im cukierków, no i przede wszystkim bałam się tego, że jadę sama. Miały być trzy motocykle, ale okazało się, że koleżanki wyjeżdżają kilka dni wcześniej i mają troszkę inną koncepcję zwiedzania. Ja od początku chciałam jechać od północy, a one wolały Morze Czarne. Odkąd obejrzałam podróże Micheala Palina po Europie Wschodniej, zapragnęłam zobaczyć na żywo jedyny w swoim rodzaju „Wesoły Cmentarz” w Sapancie, który zasłynął niekonwencjonalnymi nagrobkami, w barwny (dosłownie) sposób przedstawiającymi zmarłych. A zatem kierowałam się na Satu Mare.

W Barwinku posiliłam się, napiłam kawy, odsapnęłam chwilkę i już miałam jechać, kiedy dopadł mnie podchmielony kierowca TIR-a. Udałam, że go nie widzę, ale on wyraźnie zaaferowany niósł coś w obciętej plastikowej butelce i koniecznie chciał mi to pokazać. Okazało się, że był to martwy wąż. Po chwili zrobiło się wokół nas kółeczko gapiów, bo każdy chciał zobaczyć „jadowitą żmiję”. Powiesiłam węża na poręczy i po krótkich oględzinach w świetle latarki oznajmiłam tonem Wszechwiedzącej, że to zwykły zaskroniec, niejadowity a na dodatek martwy, na co gapie, zaspokoiwszy swą ciekawość, rozeszli się. Kierowca mi uprzejmie podziękował za fachową opinię i oddalił się, życząc mi szerokiej drogi.

Najedzona i podbudowana psychicznie wjechałam na Słowację. Tutaj zaskoczyła mnie nawierzchnia dróg. Masa dziur, ponuro i dziko. Na dodatek przy drodze leżały niezliczone trupy chomików europejskich, które nocą wychodzą na żer i trafiają prosto pod koła rozpędzonych aut. Co więcej, gdy zatrzymałam się przy jednym żywym chomiku, w ogóle nie uciekał, dziwne stworzenia…

Gdzieś między piątą a szóstą rano zgubiłam drogę. Za nic nie mogłam znaleźć przejścia granicznego z Węgrami. GPS wyprowadził mnie na jakieś boczne dróżki i nagle ni stąd ni zowąd znalazłam się w lesie. Zaczynało już świtać, ale twardo postanowiłam, że nie będę się cofać, jadę przed siebie - gdzieś w końcu ta dróżka mnie doprowadzi. Jechałam może 30-40km na godzinę, bo bałam się, że coś mi wyskoczy z tego lasu. I nagle, nieśpiesznym krokiem, z lasu wyszła piękna sarna. Przystanęła, więc ja też, popatrzyła na mnie i dostojnie pomaszerowała dalej. Wkrótce potem znalazłam się na głównej drodze wiodącej na Węgry.

Węgry stanowiły miły kontrast optyczny dla Słowacji, ładne, równe drogi, czytelne znaki, a kiedy wjechałam do Tokaju, przypomniały mi się austriackie miasteczka - czyste, wychuchane, jak z bajki. Na Węgrzech zauważyłam też, że wszyscy rowerzyści jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. Nie wiem czy to moda, czy przepisy, ale tak sobie pomyślałam, ilu rowerzystów ginie w Polsce, bo jadą nieoświetleni w ciemnych strojach…


W Tokaju ograniczenie prędkości wynosi… 30km/h o czym informują nie tylko znaki drogowe, ale także tablice świetlne pokazujące z jaką prędkością nadjeżdżasz. Zrobiłam kółeczko, znalazłam kemping nad rzeką Tisą, gdzie planowałam pierwszy nocleg, spojrzałam na zegarek - 6 rano i postanowiłam jechać dalej. Niestety brak snu, zwłaszcza na motocyklu bywa bardzo uciążliwy i już po niecałej godzinie poczułam, że ogarnia mnie senność. Postanowiłam zjechać w pierwszej lepsze pole i zrobić sobie przerwę. Rozłożyłam karimatę i przysnęłam u boku mojego stalowego rumaka. Około 11:00 obudziło mnie przygrzewające słoneczko, czułam się jak młody bóg. Wstałam, zrobiłam sobie kawę, odświeżyłam się za krzaczkiem, zabrałam swoje śmieci i ruszyłam do Satu Mare.

Granicę przekroczyłam dosłownie kilkanaście, lub dziesiąt kilometrów od mojego miejsca postoju. O ile dotąd nie miałam styczności z pogranicznikami, a wręcz (wstyd się przyznać) na granicy słowacko-węgierskiej chodziłam w poszukiwaniu celnika, o tyle przy wjeździe do Rumunii odbywa się dobrze nam znana z jeszcze nie tak dawnych lat, kontrola paszportów. Celnik zapytał dokąd jadę, a na odjezdne pokazał mi charakterystyczny gest, żebym przygazowała, co ku uciesze gawiedzi zrobiłam. Już po chwili, około 14-ej wjechałam do Satu Mare. Bałam się, że będzie gorzej, ale okazało się, że warszawskie ulice to dobra szkoła przetrwania dla kierowców wybierających się na wschód ;-) Momentami Wschód jest nawet bardziej cywilizowany od Polski i tak np. absolutnym hitem były dla mnie światła drogowe z odliczaniem czasu. Kierowca dojeżdżając do świateł widzi ile ma czasu nim zmieni się światło. Ponieważ trafiłam na spore upały, widząc, że zielone włączy się dopiero za 86 sekund, wyłączałam silnik, żeby mi się nie przegrzał. Innym hitem, który przydałby się w wielu miejscach w Warszawie, były progi spowalniające tuż przed przejściami dla pieszych. Nie potrzeba żadnych świateł, wszystkie pojazdy grzecznie zwalniały, a piesi mogli bezpiecznie przejść przez dwu-, trzypasmową jezdnię.
Z Satu Mare skierowałam się na północny wschód. W pewnym momencie zgłupiałam i nie wiedziałam gdzie jestem, wszak słynna trasa transfogaraska jest w Siedmiogrodzie, a ja tu miałam serpentynę za serpentyną. Wreszcie dojechałam do Sygietu Marmaroskiego (Sighetu Marmaţiei). Według przewodnika, znajduje się tam mroczna pamiątka po reżimie Ceauşescu, więzienie, do którego wywożono więźniów politycznych. Ja jednak miałam jeden cel – „Wesoły Cmentarz" w Sapancie. Okazało się jednak, że dawno przejechałam Sapantę, a ponieważ właśnie pokonałam trudny odcinek wysypany żwirem, nie miałam ochoty zawracać. Poza tym zbliżała się 17:00, a ja od Warszawy nie miałam porządnego noclegu. Zaczęłam się rozglądać za kempingiem lub motelem i rzeczywiście, kilka kilometrów dalej znalazłam pensjonat, a obok gospodę, w której zjadłam swój pierwszy porządny posiłek. Nocleg kosztował mnie 100 lejów, ale opłacało się. Zostałam zakwaterowana w czyściutkim pokoju na drugim piętrze z widokiem na pola. Był też telewizor z kablówką, a że w Rumunii filmy zagraniczne idą w napisach, mogłam sobie pooglądać telewizję. Tuż obok mojego pokoju była spora łazienka z bidetem i prysznicem z oknem. Stoję pod prysznicem i patrzę na uprawę chmielu.

piątek, 31 lipca 2009

2 tygodnie do wyjazdu

Zostały 2 tygodnie do wyjazdu, a w tak zwanym międzyczasie dokompletowałam sprzęt, oddałam Hondę na gruntowny przegląd, gdzie kazałam przygotować moto do wyprawy do Rumunii. No więc wymienili mi kupę mniej i bardziej potrzebnych rzeczy (całkowity koszt - 1200zł). Z ciekawostek dodam, że ostatnie kilometry przejeździłam BEZ hamulców. Po założeniu nowych o mało nie zrobiłam stoppie, gdy z podwórka wypatoczył mi się na drogę jakiś gość w BMW. Nacisnęłam na klamkę hamulca jak dawniej, ale nie przewidziałam tak natychmiastowej reakcji :).
Z innych spraw, to zachwalana przeze mnie kilka postów niżej kurtka OJ Atmosfere Metropolitane Desert kupiona specjalnie z myślą o wyjeździe do Rumunii, po dwóch miesiącach niezbyt intensywnej eksploatacji, zaczęła się rozłazić na szwach! Więcej na ten temat można poczytać w wątku na FM pt. OJ Atmosfere Metropolitane Desert, nie polecam Na szczęście w sklepie, w którym kupowałam kurtkę (Motorista) zachowali się super fair i bez mrugnięcia okiem zwrócili mi pieniądze, które dla odmiany przeznaczyłam od razu na mój wymarzony kufer GIVI Maxia (55l.).


Kilka dni wcześniej zakupiłam płytę pod kufer Monokey z zamiarem dokupienia kufra w przyszłości, a w tym sezonie planowałam zamocować na niej tankbag. Ponieważ jednak pierwsze próby z mocowaniem tanbaga na płycie wypadły marnie - tankbag wciąż spadał na boki, nie posiadałam się z radości, gdy udało mi się kupić kufer. Z takim kufrem motocykl od razu lepiej się prezentuje :)
Ponadto doopatrzyłam się w Decathlonie w takie duperele jak menażka, niełamliwy komplet sztućców, latarka czołowa i parę innych. Oczywiście mam świadomość, że i tak zabiorę za dużo rzeczy, ale zawsze jest ten pierwszy raz.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Planujemy wyjazd

Wczoraj spiknęłyśmy się z dziewczynami w celu obgadania naszej trasy do Rumunii. Chyba zrobiłam niezłe wrażenie, bo przyniosłam wydruki trasy

Zaprawa przed Rumunią



Nie ma zmiłuj. Przygotowania do Rumunii przybrały szybszego obrotu. Pierwszym sprawdzianem dla mnie było eskortowanie kolegi jadącego na Nordkapp. Termin wyjazdu - Boże Ciało. Dzień wcześniej Iwo spakował cały motocykl i ustawiał sagi. Jego Thundercat przypominał konia jucznego, a nie sportowego turystyka :) Umówiliśmy się, że wyruszymy około 10 rano, żeby każdy zdążył się wyspać. Zerwałam się skoro świt, ale do 9-ej nie widziałam żadnych ruchów pod oknem. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłam, jak sąsiad pakuje bagaże według ustalonej dzień wcześniej kolejności. Spokojnie wciągnęłam śniadanie i w tym momencie dostałam od Blanki, z którą jadę do Rumunii SMS-a z pytaniem, czy nie mam ochoty pośmigać. Odpisałam, że eskortuję kolegę na prom i jak chce może do nas dołączyć. Długo nie musiałam jej namawiać, za pół godziny była na miejscu. Kolega zdążył się już zapakować. Jeszcze tylko strój, zapasowe kluczyki (dobrze, że Blanka o tym wspomniała) i ok. 11:30 wyruszyliśmy w drogę. Z tym że Blanka i ja musiałyśmy jeszcze zatankować, więc najpierw wizyta na Statoil i tankowanie. W tym czasie Iwo posprawdzał bagaż, czy nic mu się nie poluzowało i punkt 12:00 wyruszyliśmy w stronę Świnoujścia. Ustaliliśmy, że prowadzi Blanka, a ja asekuruję tyły, Iwo jechał w środku. Szybko opuściliśmy Wawkę, na szczęście Boże Ciało i słoneczna pogoda dały opustoszałe ulice. Dopiero koło Łomianek było kilka świateł. Nie wszędzie udało się przeciskać, bo Iwo nie do końca czuł się komfortowo ze swoimi tobołami. Wcale mu się nie dziwię, skoro ja na nakedzie miewam jeszcze opory przed przeciskaniem się między samochodami, to co dopiero na takim Thundercacie z tobołami :o
W końcu wyjechaliśmy na prostą. Przez chwilę towarzyszył nam koleś na Triumphie, przed którym pięknie rozstępowały się auta, a my czmychaliśmy tuż za nim. Potem Triumph wypruł naprzód a my się turlaliśmy średnio 90-120, o ile warunki pozwalały. W pewnym momencie musieliśmy zjechać na pobocze, bo znów trzeba było poprawić bagaż i wio! Po drodze mijaliśmy odcinki z ruchem wahadłowym, o których nas wcześniej uprzedzali znajomi, ale dzięki Blance zamiast stać jak te ćwoki w korku, szybko i prawnie posuwaliśmy się naprzód. Koło 14-ej uznaliśmy, że czas coś zjeść, więc zajechaliśmy do przydrożnej "Grill Chałupy" nieopodal Bydgoszczy. Niestety okazało się, że nie można tam płacić kartą, a najbliższy bankomat jest właśnie w Bydgoszczy. Dupa blada, jedziemy dalej. Już po kilkunastu kilometrach zaczęło kropić. Blanka natychmiast dała sygnał do zjechania na parking przy jakiejś Smażalni Ryb i tam się przebraliśmy w ciuchy przeciwdeszczowe. To znaczy ja dałam Blance moją kurtkę, a sama ubrałam spodnie, a Iwo się ubrał przeciwdeszczowo od stóp po rękawiczki. Bardzo dobrze zresztą, bo później miało już cały czas padać. Korzystając z tego doświadczenia nie omieszkałam po powrocie zaopatrzyć się w takie same przeciwdeszczówki na rękawiczki i buty.

Po kilku kilometrach w deszczu, Blanka zjechała na stację benzynową i oznajmiła, że jednak woli zawrócić. Nie nastawiała się na więcej niż 150-200 km, a jej skórzane kombi jest dobre na słońce, ale w deszczu nie tylko przemoknie ale jeszcze będzie jej zimno. Ja z kolei zorientowałam się, że moja membrana przeciwdeszczowa do kurtki została w domu, więc z radością przejęłam moją kurtkę przeciwdeszczową od Blanki.
Pożegnaliśmy się i zostaliśmy tylko Iwo i ja. Postanowiłam jechać tak daleko jak dam radę. Czułam ogromny niedosyt i choć już mi kiszki marsza grały (w końcu była pora obiadowa) to stwierdziłam (cytując zappę), że prawdziwy motocyklista nie jada miodu, tylko żuje pszczoły, a zatem jak przygoda, to przygoda!
Skorzystałam z okazji, że zatrzymaliśmy się na stacji i znów zatankowałam pełen bak. Jak się okazało lampka rezerwy zapaliła się niemal jednocześnie w mojej CBF-ce i w Thundercacie. Tylko Blanka miała w swoim BMW jeszcze ze 2/3 paliwa w baku - ot ciekawostka.
Dalsza część trasy w dużej mierze przebiegała w deszczu, czasem mniejszym, czasem silniejszym. Teraz prowadził Iwo, ja leciałam za nim, dzięki czemu zauważyłam, że leci bez świateł. Kilka razy kluczyliśmy w pomorskich miejscowościach z powodu różnych objazdów, a po drodze zamiast obfitego obiadu w Bydgoszczy (na który się tak nastawiałam) wciągnęliśmy po 2 hotdogi na Orlenie. Kolejne tankowanie, wyrównanie ciśnienia w oponach i w drogę. Do Świnoujścia zajechaliśmy na 19:50 czyli po 8 godzinach... trochę długo, ale... Na miejscu cyknęliśmy sobie kilka pamiątkowych fotek, buzi-buzi, łzy, chusteczka, te sprawy i Iwo poleciał do kumpli, którzy już czekali przy promie. Ja wygrzebałam kupionego po drodze Snickersa i wciągnęłam go w charakterze... kolacji? W tym czasie podjechała na Varadero parka z Rawy Mazowieckiej. Również wybierali się na Nordkapp. No to fajnie, będzie ich tam więcej.

Chwilkę odtajałam, wysłałam SMS do domu z informacją o miejscu pobytu i zebrałam (zresztą jakżeby inaczej) solidny opierdziel, że jestem nienormalna i w ogóle i że mam gdzieś przenocować i wrócić jutro. Akurat! Wsiadłam na moto i obiecałam sobie jechać tak długo jak dam radę. Już po chwili wrócił niesympatyczny deszcz, co znacznie spowolniło moje tempo jazdy, poza tym zaczęłam słyszeć jakieś rytmiczne piłowanie z motocykla. Zatrzymałam się, ale powierzchowne oględziny niczego nie wykazały. Piłowanie nasilało się powyżej 50km/h. Motocykl niebawem idzie na przegląd, więc się pewnie wyjaśni. Już się zorientowałam, że jadąc momentami 40 na godzinę w ulewnym deszczu z parującą szybką, do północy na pewno nie dojadę do Wawy. Zaczęłam się więc rozglądać za motelami. Jednak jak to zwykle bywa, jak nie potrzebujesz, to masz, a jak szukasz, to akurat wszystkie motele i hotele gdzieś poznikały w deszczu, a te nieliczne, które mijałam, nie nastrajały do nocowania. Postanowiłam więc, że w najgorszym razie zdrzemnę się na jakiejś stacji benzynowej. Najgorsze było to, że padło mi wszystko - nawigacja, telefon, a gniazdka 12V się jeszcze nie dorobiłam. (Kolejna nauczka przed Rumunią!) Tak więc w razie awarii czy innej nieciekawej sytuacji jestem w tzw. dupie. Telefon przezornie wyłączyłam, żeby oszczędzać resztki baterii, zakładając że jakby co, to ta resztka baterii, jaka mi została pozwoli mi się dodzwonić z jakiegoś odludzia. W pewnym momencie ujrzałam na poboczu dwie latarki i długie uszy. To była sarna. Naczytałam się ostatnio na Forum Motocyklistów jak niebezpieczne potrafią być spotkania pierwszego stopnia ze zwierzyną płową, no i pamiętałam moje szczęśliwe, ale niemiłe spotkanie z sarenką sprzed pięciu lat, dlatego zamontowałam sobie z przodu tzw. "antyświstaki", jak je nazwała Fazi, czyli po prostu odstraszacze zwierzyny. I faktycznie, gdy się do niej zbliżałam, sarenka zrobiła jakiś nerwowy podskok i czmychnęła ponownie do lasu. Różnej maści przydrożne ptactwo, a nawet lisek, zamiast wylecieć mi pod koła zawracały do lasu. Może jednak te odstraszacze działają.
W pewnym momencie poczułam się cholernie nieswojo. Było ciemno, wokół las, ulewny deszcz, rękawiczki kompletnie przemokły, ręce mi zgrabiały, musiałam nonstop uchylać szybkę od kasku, bo wciąż parowała i do tego prędkość na liczniku... 40km/h. Po tak długiej jeździe zaczęły mi drętwieć nogi, więc postanowiłam się trochę poruszać. Nogi wysunęłam do przodu... oj przydałyby się jakieś spacerówki! Zaczęłam sobie coś podśpiewywać. Nie wiem dlaczego, ale przyczepiła się do mnie melodia "kaczuszki". Lalala-lalala itd. O dziwo trochę to pomogło i nawet mocniej odkręciłam manetkę (do 60km/h). Po kilku kilometrach zaczęłam się poważnie rozglądać za jakimś Orlenem. Wprawdzie benzyny miałam jeszcze dość, ale chciałam się napić kawy, podsuszyć rękawiczki, skorzystać z toalety. (Najbardziej z tego ostatniego). Na szczęście moje życzenie się wkrótce ziściło i moim oczom ukazał się znak informujący o stacji benzynowej za 800m z możliwością zjedzenia posiłku i skorzystania z toalety - mieli nawet prysznice, ale ja już miałam dość prysznica. Wystarczył kibel i coś na ciepło.
Okazało się, że kuchnia jest już zamknięta, a na gorącą kawę muszę zaczekać, bo właśnie zamykają kasę. Na szczęście był czysty kibelek z umywalką i barek ze stolikami, gdzie mogłam się wygodnie rozsiąść i pozdejmować mokre ciuchy. Najgorzej ucierpiały rękawiczki, a ponowne ich założenie groziło nabawieniem się reumatyzmu :( Przeszłam się więc po sklepie i oblukałam rękawiczki robocze. Kupiłam "wampirki", a dobry pan przy kasie dodatkowo przyniósł mi z zaplecza całe opakowanie foliowych jednorazówek. Napiłam się kawy, wciągnęłam kolejnego batona. Odprężyłam się i byłam gotowa ruszać w dalszą trasę. Pozostało włożenie rękawiczek. Okazało się, że nie było to wcale takie trudne. Najpierw wampirki, na nie dwie pary rękawiczek foliowych, na to moje mokre rękawiczki, które weszły jak po maśle i na to jeszcze dwie pary foliowych. Tak uzbrojona ruszyłam dalej.
Deszcz miejscami był słabszy, a kiedy minęłam magiczną połowę trasy, całkowicie ustał, wtedy też zaczęło świtać. Warszawa była coraz bliżej, a ja się już trochę ożywiłam i nawet złoiłam skórę kilku kierowcom osobówek (oczywiście w przenośni). Chcieli się ścigać, to się pościgałam, ale na zakrętach zostawiałam ich w tyle :D
Gdzieś za Płońskiem wyprzedził mnie Nissan Pathfinder w kolorze khaki, a mnie na dobre wróciła werwa, więc postanowiłam się trochę pościgać. Pathfinder okazał się wyjątkowo godnym rywalem, na długiej prostej zaliczyłam w pewnym momencie 210km/h, ale gdy tylne koło zaczęło mi podskakiwać, a silne boczne podmuchy wiatru wymagały lepszego panowania nad motocyklem, że już nie wspomnę o kasku, który chciał chyba dać dyla z mojej głowy, to postanowiłam odpuścić i wrócić do nudnych 140km/h.
W pewnym momencie zapaliła mi się rezerwa, a ja sobie uświadomiłam bolesną prawdę, czyli brak środków na karcie... Na najbliższej stacji zatankowałam za tyle ile miałam w gotówce i przez resztę trasy obliczałam w głowie na ile kilometrów starczy mi jeszcze paliwa. W tym celu ostra jazda i inne szaleństwa musiały ustąpić miejsca jeździe oszczędnej. A do Warszawy jeszcze 150 km. Samego wjazdu do Warszawy i powrotu do domu już nawet nie pamiętam. Wiem tylko, że zaczęły mnie denerwować wlokące się pojazdy, a na Wybrzeżu Gdańskim wszystkich zostawiłam w tyle. Byle do Sobieskiego, byle do Dolinki, byle do domu. Pod domem byłam koło 9-ej rano. Na liczniku 1320km... i to w niecałe 21 godzin jazdy nonstop. W Boże Ciało pobiłam wszystkie swoje osobiste rekordy motocyklowe, ale nie palę się do powtórki z rozrywki. Odstawiłam moto, ogarnęłam się trochę, wysłałam SMS-sy do Blanki i Iwo, że bezpiecznie dojechałam. Iwo odpisał, że dojechali do Goteborga, gdzie oczywiście... pada. Po czym zawinęłam się do cieplutkiego łóżeczka i poszłam spać. Dość wrażeń jak na jeden dzień.

środa, 14 stycznia 2009

Przygotowania

Do wyprawy zostało ok. pół roku - i dużo i mało. Po pierwsze postanowiłam przygotować się fizycznie, zarówno do nowego sezonu jak i do wyprawy, dlatego od końca grudnia chodzimy z Jo na siłownię. W moim przypadku większość ćwiczeń jest kondycyjnych. Już po 7 treningach odczułam zmianę. Idąc pod górkę do naszego sklepiku nie dostałam zadyszki :-)

Druga ważna sprawa to obycie z motocyklem. Na razie nie mam co marzyć o jazdach. Moto stoi w przechowalni i czeka na pierwsze wiosenne promienie słońca. Tymczasem pora się wziąć za teorię i inne praktyczne umiejętności. A do tych niewątpliwie należy prawidłowa obsługa i konserwacja motocykla. Przyznaję, że z kursu na prawo jazdy nie wyniosłam praktycznie żadnej wiedzy teoretycznej poza przepisami ruchu drogowego. Pan od teorii był leserem i nie chciało mu się douczyć o motocyklach (skupiał się głównie na kat. B, a o motocyklach kazał czytać w domu). Dlatego zaczęłam się rozglądać za kursami doszkalającymi. W Warszawie są dwie renomowane szkoły - Kulikowisko Tomka Kulika (polecana przez Suzuki i Gorące Manetki) oraz Pro-Motor, gorąco polecana przez rzesze motocyklistów na Forum Motocyklistów. Zdecydowałam się na Pro-Motor. Od Kulika odstraszył mnie zbyt lakoniczny opis jazd doszkalających na stronie oraz informacje z pierwszej ręki o jego dość cholerycznym temperamencie. A ja nie lubię, kiedy mnie ktoś opieprza - ze mną trzeba delikatnie, po ludzku, wtedy wiedza chętniej wchodzi :-)
Pro-Motor właśnie rozpoczął weekendowe zajęcia warsztatowe które obejmują następujące tematy, cytuję:
"co czym i kiedy smarować, wymiana oleju, filtrów oleju i powiertrza, wymiana układu napędowego, rozkuwanie i zakuwanie łańcucha, naciąganie łańcucha, wymiana klocków hamulcowyh, regeneracja i czyszczenie tłoczków, wymiana płynu hamulcowego, wymiana przewodów hamulcowych, demontaż i montaż zacisków, czyszczenie i wymiana linek(regulacja), wymiana łożysk i uszczelniaczy kół, demontaż-montaż amortyzatrów, wymiana uszczelniaczy i oleju w amorkach, regulacja amortyzatorów, wymiana tarcz sprzęgła, wymiana kosza sprzęgłowego, układ chłodzenia, regulacja hamulców i odpowietrzanie, łatanie opon bezdętkowych, wymiana opon dętkowych, tzw. serwis motocykla enduro, itp."
Myślę, że taka wiedza przed jakąkolwiek podróżą jest wprost niezbędna. W przeciwieństwie do Ewana McGregora i Charleya Boormana którzy zrobili Long Way Round i Long Way Down, nie będzie z nami jechała ekipa z mechanikami, częściami zapasowymi i kupą szmalu. Dlatego chcę się tego nauczyć. Zgłoszenie już wysłałam i z niecierpliwością czekam na odpowiedź.

Nordkapp 2009

Pożegnaliśmy rok 2008, pora pomyśleć o planach na 2009. Po pierwsze, jeśli mam zacząć uprawiać turystykę motocyklową, to czas pożegnać dobrą, ale jak dla mnie, za małą i za słabą Rebelkę i zamienić na pojazd szosowo-turystyczny. Potem należy się rozejrzeć za ciekawą, acz nie za trudną trasą, no i wreszcie jakaś konkretna wyprawa.

Kilka spraw mi się już wyklarowało w grudniu. Rebelka ze spalonym sprzęgłem trafiła do warsztatu, a zarazem komisu i przechowalni motocykli. Na miejscu okazało się, że stoi tam śliczna Honda CBF 600N z 2004 roku z przebiegiem 18 tyś. Według sprzedającego sprzęt w super stanie - wsiadać i jechać, zero nakładu finansowego. Aby się nie władować na minę, zasięgnęłam języka u HooLooVoo z Forum Motocyklistów, który latem kupił prawie identyczną Hondę, również srebrną z tego samego rocznika. Chłopak udzielił mi wyczerpujących porad i wskazówek oraz polecił mi mechanika z FM, Greedo, który miał zerknąć i sprawdzić stan techniczny. Wg. jego opinii, historia motocykla jest trochę naciągana, bo miał lakierowane elementy, a gmole, rzekomo założone od nowości, były nienaruszone podczas gdy pod spodem dekielek na silniku miał szlifa. Do tego wygięta klamka hamulca, oraz latające podnóżki wskazujące na znacznie większy przebieg... Ogólnie jednak uznał, że pomimo tych nieścisłości motocykl miną nie jest i w zasadzie można go kupić. Długo się wahałam, studiowałam prospekty, testy i recenzje CBF-ki, starałam się też nie ulec Suzuki, która namawiała mnie na starszego, ale o 20 koni mocniejszego Fazera 600. Postanowiłam, że ma to być szosowo-turystyczna maszyna, która nie będzie mi robiła niespodzianek, co często jest traktowane jako wada tego motocykla. W testach można przeczytać, że motocykl nudny, poprawny do wyrzygania i niczym nie zaskakuje. Tego mi właśnie trzeba! A poza tym wspaniale mi się na nim siedzi. Zupełnie inny komfort! Decyzja zapadła, biorę CBF-kę, sprzedaję Rebelkę. Teraz jeszcze trzeba wymyślić jakąś trasę. Wiosną i tak będę "rybkować", jeździć na działkę, a może i robić krótkie wypady w Polskę. Np. do Bydgoszczy, więc zdołam się oswoić z maszyną. Ciuchy już mam. W ubiegłym sezonie kupiłam damską kurtkę Ixona Cheek a pod choinkę Mikołaj przyniósł mi spodnie również Ixona Luna. Teraz wyglądamy z Jo jak dwa klony, bo ona kupiła dokładnie taki sam komplet, tyle że w rozmiarze XS jak na mikrusa przystało ;-)

Wracając do podróży, to już jesienią pozazdrościłam chłopakom z klubu Transalp Polska wyprawy na Nordkapp latem 2008 - szczegółowa relacja jest tutaj. No ale kiedy oni tam byli, to ja jeszcze walczyłam z prawem jazdy i stawiałam pierwsze kroki na Rebelce. Jaka była moja radość i zaskoczenie, gdy mój osiedlowy sąsiad zamieścił na FM ogłoszenie, że szuka ludzi do wyprawy na Nordkapp w czerwcu/lipcu 2009. Wstępnie zgłosiłam chęć udziału i mam nadzieję, że nic mi nie pokrzyżuje planów. Teraz siedzę i studiuję wszystkie relacje osób, które w ostatnim czasie zdobyły Przylądek Północny. Dowiedziałam się z nich, że na ten wyjazd warto zainwestować w nowe opony do mokrych nawierzchni. Takich informacji nie znajdziesz w przewodnikach. Należy też pamiętać o opłatach za przejazdy mostem, promem itp. Wszak Norwegia to jedno z najdroższych państwo w Europie. Warto też wiedzieć, że można rozbić obóz niemal wszędzie, a dodatkowo po drodze stoją bungalowy (hytte), w których można zanocować. A na pierwszym Statoilu można kupić kubek na darmowe kawy we wszystkich Statoilach. Kocham Statoil :)