Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cbf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cbf. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2011

Umarł król, niech żyje...?

Nadeszła ta chwila, kiedy trzeba się było rozstać z wiernym rumakiem, póki jeszcze był w na tyle dobrym (by nie rzec świetnym!) stanie, żeby mógł dać wiele radości nowemu właścicielowi.
Ja zaś zachodzę w głowę jaki następny? Pomysłów mam sto na sekundę, chociaż czuję typowe dla zodiakalnej ryby rozdarcie między zamiłowaniem do jazdy w stylu easy ridera (Honda Shadow, Drag Star), a jazdą w każdym terenie - w tym celu wiadomo, musi to być motocykl enduro. Mój wybraniec enduro pochodziłby niewątpliwie spod znaku białoniebieskiej szachownicy z serii GS. Ale czy to będzie 800 czy 1200 pokaże czas i okoliczności. Kiedy testowałam 650-tkę, doszłam do wniosku, że po CBF ma stanowczo za mało mocy.
Tak czy inaczej pomimo zarzekania się, że następny motocykl będzie nówką-salonówką, wychodzi na to, że jedyna nówka jaką chwilowo mogę sobie zafundować to:

Honda PCX 125

Bardzo oszczędny skuter Hondy z systemem Start&Stop - idealny do miasta, ale przede wszystkim o pięknym, jak na 125-tkę wyglądzie, przypominającym raczej maxiskutery, niż wszystkie chińskie i koreańskie "kibelki" jeżdżące po naszych ulicach.

A co do motocykla - przyszły sezon pokaże. Może trafi się jakaś doskonała okazja i będę miała na czym pojechać na przyszłe wakacje.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Częstochowa 2011

Sezon motocyklowy rozpoczęłam w tym roku wyjątkowo późno, bo w drugiej połowie kwietnia. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie całkiem z mojej winy. Motocykl zimował tradycyjnie już w ASO Hondy Motorista Budniccy, gdzie panuje rodzinna atmosfera, a po trzech latach znajomości, mogę wręcz mówić o więzach przyjacielskich. Tej zimy zażyczyłam sobie, oprócz rutynowych czynności konserwacyjnych, dołożenie stopki centralnej, sklejenie lewego zadupka, który miał pęknięcie od zbyt mocno dokręconej śruby, a które powiększyło się po najechaniu na dziurę w asfalcie - w efekcie chłopaki wymienili mi zadupek na nowy :) Oraz dołożenie halogenów. Te ostatnie miałam okazję przetestować już wczoraj podczas Zlotu Gwiaździstego na Jasnej Górze.
Pomysł wypadu do Częstochowy padł na forum na rybkę, a wyjazd planowany był na 6:30. Wyjechaliśmy z małym opóźnieniem i to z mojej winy, bo omyłkowo zatrzymałam się przy nie tej grupce motocyklistów co trzeba ;-) Kiedy już odnalazłam właściwą ekipę, po krótkim przywitaniu, wyruszyliśmy w drogę.
Po niecałych stu kilometrach tak przemarzliśmy, że musieliśmy się zatrzymać, aby się ogrzać i zjeść śniadanie (niektórzy, tak jak ja, wyjechali na czczo). Ja uwierzyłam prognozie pogody i ubrałam się na 15-18 stopni. Temperatura poranna wynosiła 7 stopni :) Na szczęście zabrałam do kufra ciepłą podpinkę i grubsze rękawiczki, a do postoju ratowałam się grzanymi manetkami.
Grzane manetki
Po śniadaniu opatuliliśmy się i ruszyliśmy dalej. Do Częstochowy przyjechaliśmy parę minut po 12-ej. Miasto zawalone motocyklami. Czegoś takiego w życiu nie widziałam :)
Wyjazd okazał się znacznie trudniejszy od przyjazdu. Po mieście grasowały mniejsze i większe grupki motocykli i wszyscy naraz kierowali się głównymi arteriami miasta w kierunku Warszawy. Mnie zapaliła się rezerwa i chciałam jak najszybciej zatankować. Niestety kolejne mijane stacje były oblężone przez motocyklistów - co najmniej godzina czekania. Jadę więc dalej. Liczę na to, że za miastem będzie większy luz na stacji. Nic bardziej mylnego. 30km za Częstochową dojechałam na Orlen. Uznałam, że odczekam, ale tu już definitywnie zatankuję. W tym momencie zadzwonił Zappa i oznajmił, że siedzą w barze po drugiej stronie szosy. Postanowiłam posiedzieć z towarzystwem w barze i przeczekać najdziksze tłumy na stacji. Ale nawrotka okazała się trudniejsza niż myślałam, kiedy przejechałam 8 km bez możliwości zawrócenia, poczułam znajomy spadek mocy w manetce - jechałam na oparach benzyny. Dosłownie w ostatniej chwili zdołałam zjechać na pobocze i motocykl zgasł. Zadzwoniłam do Zappy i powiedziałam co się stało.
No fuel, no fun :)
Stwierdził, że zaraz ktoś do mnie podjedzie z paliwem. W ciągu pół godziny zjawili się Teosik i Griszka z Alicją. W pojemniku po wodzie destylowanej przywieźli cztery litry benzyny. Ruszyliśmy więc dalej. Na kolejnej stacji już nie marudziłam, tylko odstałam swoje i zatankowałam do pełna 98, a co! Następnie udaliśmy się do pobliskiego zajazdu, gdzie pani przez 30 minut albo i dłużej obsługiwała wszystkich z wyjątkiem nas. Z nosami na kwintę opuściliśmy ów przybytek i dopiero kilkadziesiąt kilometrów dalej trafiliśmy na zajazd, który wyglądał przyzwoicie, a i obsługa okazała się bardziej uprzejma, chociaż jedzenie niezbyt dopisało. Kurczak z grilla wywołał w przenośni i dosłownie rewolucję w naszych żołądkach. Dobrze, że do Warszawy było już niedaleko. Zwężenia na trasie mijaliśmy płynnie i przed 20-tą zajechaliśmy do stolicy. Szybkie pożegnanie na stacji benzynowej i do widzenia. Sezon 2011 oficjalnie zainaugurowany.
Co ciekawe, na początku nie tylko ja, bo i inni koledzy i koleżanki dość "kwadratowo" pokonywali wszelkie ronda i ostrzejsze zakręty, w drodze powrotnej już niemal schodziliśmy "na kolano". 500 kilometrów to bardzo solidna rozgrzewka na rozpoczęcie sezonu. Wróciłam ciut obolała, ale z bananem na twarzy. I o to właśnie chodzi w jeździe motocyklem :)

niedziela, 6 lutego 2011

Nowy rok, nowe zmiany

Rok 2010 przebiegał raczej w aurze "za mokro na moto" lub "za gorąco na moto". Na początku ub. sezonu doposażyłam moją Hondzię w podgrzewane manetki firmy Oxford:

Sprawdziły się w czasie kwietniowo-majowego wyjazdu do Pragi, a następnie do Austrii, kiedy w drodze powrotnej do Polski dopadł mnie zimny deszcz i musiałam się dogrzewać w łapki. Okazały się również przydatne podczas październikowego wyjazdu do Berlina, kiedy na autostradzie pojawiły się płatki śniegu, a temperatura spadła do około zera.

Przed hotelem w Pradze

Manetki Oxforda mają 4-stopniową regulację. Przy średniochłodnej temperaturze np. latem w nocy, w zupełności wystarczyło nastawienie na 30% i wtedy uważałam, że i tak dość mocno grzeją, jednak w październiku (kiedy zaczął sypać śnieg) musiałam nastawiłam je na 100%. Ale najważniejsze jest to, że skończyło się dogrzewanie rąk na postojach od gorącego silnika. Teraz zatrzymywałam się tylko po to, by zatankować i ewentualnie rozgrzać się gorącą kawą.

Po wyłączeniu silnika manetki automatycznie się wyłączają, więc ryzyko rozładowania akumulatora na postoju praktycznie nie istnieje.

Co innego gniazdo 12V do ładowania GPS czy komórki. U mnie niestety ładuje nawet na postoju i tym sposobem ktoś z hostelu, w którym się zatrzymałam w Berlinie, najprawdopodobniej podładował sobie jakieś urządzenie i rozładował mi akumulator (a może to było złośliwe działanie, bo zaparkowałam - za zgodą recepcjonisty - na podwórzu, gdzie wieczorami przesiadywało przy piwie wielu młodych ludzi).


Przed wyjazdem do Rumunii - sierpień 2009
Kolejna inwestycja w moto to były boczne stelaże Givi. Po wycieczce do Rumunii uznałam, że sakwy mają szereg ograniczeń:
Jak widać na zdjęciu, prawa sakwa, pomimo iż jest dość mocno podciągnięta do góry, niemal "opiera się" na rurze wydechowej. I rzeczywiście, w podróży troszkę się nadpaliła od bliskiego kontaktu z gorącym wydechem. Druga sprawa to łatwość dostępu do zapakowanych rzeczy. Ze względu na bezpieczeństwo zarówno podczas jazdy jak i postoju, sakwy były zabezpieczone ekspanderami i kłódeczkami. Tak więc szybki dostęp do nich był praktycznie niemożliwy, zwłaszcza jeśli mówimy o krótkim postoju, gdy chcemy sobie na przykład zagotować wodę na kawę (a kawa i kuchenka gazowa w sakwach). Ponowne pakowanie sakw i zabezpieczanie gumkami, żeby dobrze siedziały uniemożliwiały jakiekolwiek szybkie i sprawne zwinięcie się z miejsca postoju. Dlatego już wtedy powzięłam decyzję o zainwestowaniu w kufry. W zeszłym roku na pierwszy ogień poszły stelaże Givi Monokey, w tym roku zapewne dojdą kufry.
Kolejną inwestycją w moją CBF-ę były światła stopu do kufra Maxia III E55. Kufer o pojemności 55 litrów spisał się fenomenalnie. Mogę mieć jedynie zastrzeżenia do słabych wsporników*, które nie są w stanie utrzymać otwartego kufra i potrafią opaść nam na ręce podczas pakowania. Może to wina akurat mojego egzemplarza.
EDIT: Właśnie znalazłam filmik z genialnym acz prostym rozwiązaniem:



Niemniej pamiętając o takiej wadzie, resztą jest czystą przyjemnością, a dodatkowe światło stopu estetycznie wkomponowane w obudowę kufra tylko potęguje poczucie bezpieczeństwa, a tym samym zwiększa komfort jazdy. Chociaż ostatnio przyszło mi do głowy, że skoro mój kufer może mieć zamontowane dodatkowe światła stopu, to może dałoby się dołożyć pozycyjne i kierunkowskazy. I jak widać nie ja pierwsza wpadłam na taki pomysł. Pomyślała o tym i wykonała takie cuś m.in. do mojego kufra firma AdMore Lighting, a do kupienia na www.twistedthrottle.com


Cena jest ciut wygórowana, więc jeśli ktoś ma smykałkę do takich rzeczy, mógłby pewnie sam dokupić listewki led i zamontować.

Wstyd powiedzieć, ale w zeszłym roku zrobiłam Hondą zaledwie 5000km i wcale nie czułam, żebym się "najeździła". Pod koniec sezonu wdarły się dodatkowo jakieś animozje na naszym forum "na rybkę??", a znajomy uległ poważnemu wypadkowi. Tak więc z motocyklowego punktu widzenia rok 2010 zaliczam do średnio udanych. No może z wyjątkiem udziału w kolejnej edycji Fun & Safety na torze w Lublinie pod patronatem Hondy i Pro-motora. Niestety nie miałam w tym roku czasu, by zainwestować w szkolenia z nauki jazdy tyle ile bym chciała. A zatem enduro i szosa sprowadziły się do jednej przejażdżki moim KTM-em i jednego wypadu na tor. Pro-motor robi naprawdę świetną robotę edukacyjną, a już od kiedy zwarł szyki z Hondą, ich oferta jest bardzo ciekawa.

Z ciuchów nabyłam nową kurtkę od Modeki (wersja Discovery z kamelbakiem), która jednak nadaje się na cieplejsze dni (byłaby idealna w Rumunii), ale w zimniejszej aurze już się nie bardzo spisuje. Kamelbaka jeszcze nie miałam okazji przetestować.
Zainwestowałam też w nowy lecz używany kask z Bluetoothem: biały Airoh SV55s. Prezentuje się rewelacyjnie i jest dużo wygodniejszy od Airoha Miro.

Honda Fun&Safety na Lublinerring


Zupełnie nowym nabytkiem w rodzinie był KTM 450 EXC Racing z 2003, który jednak cały sezon stał na działce, bo miał problem z odpalaniem. Jedna przejażdżka po lesie zakończyła się pchaniem maszyny do zagrody. W tym roku spróbujemy usunąć ten problem, bo wreszcie marzy mi się śmiganie po okolicznych lasach i polach.

KTM 450 EXC Racing


W grudniu, kiedy spadł pierwszy śnieg, Honda tradycyjnie zawędrowała na zimowanie do Motoristy, a konkretnie pracownik Motoristy przyjechał, zapakował Hondę do vana i zabrał. Pełen profesjonalizm.

Korzystając z tego, że motocykl jest w autoryzowanym serwisie i że postoi tam do wiosny, postanowiłam doposażyć go w kolejne elementy. Od dawna przeszkadzał mi brak nóżki centralnej, zwłaszcza przy smarowaniu łańcucha. Patent z podstawieniem młotka pod wahacz sprawdza się na twardym podłożu, ale już niekoniecznie na trawie. Owszem, mam stojak SW Motech do motocykla, ale przy ponad 200kg masy motocykla, podstawienie go i uniesienie motocykla nie jest takie proste. Zazwyczaj starałam się brać kogoś do pomocy, żeby przy podnoszeniu maszyna nie fiknęła mi na bok. Centralna nóżka ma dodatkową zaletę - niezależnie od tego gdzie jesteśmy, ona jest zawsze pod ręką :D

Kolejnym dodatkiem mającym na celu poprawę bezpieczeństwa jazdy w nocy są halogeny. Wkleję cytat z forum, na którym pochwaliłam się nowym nabytkiem:

Halogeny w mojej CBF
Po ostatnich wojażach największą bolączką mojej CBF 600N
okazało się oświetlenie, zwłaszcza nocą. Przewinęło się
szereg koncepcji,łącznie z instalacją lightbarów, które jednak
z przyczyn estetycznych nie przeszły - naked to nie choppper i
basta!
Szukałam więc innego satysfakcjonującego rozwiązania,
pamiętając, że dla mnie moja Honda to przede wszystkim turystyk.
No i udało się! Znalazłam stronę Niemca, który oferuje
dodatkowe lampy przeciwmgielne z uchwytami do konkretnych modeli.
Chciałam uniknąć wiercenia, więc wybrałam wersję mocowaną na
śrubach od crashpadów. Cena porównywalna do halogenów
uniwersalnych SW Motecha, kontakt rewelacyjny - facet na bieżąco
informował mnie, co się dzieje (że będzie lekkie opóźnienie
dostawy, w zamian za co dorzucił mi dwie żarówki gratis).


Firma się nazywa Moto-Bozzo, a tu jest bezpośredni link do moich
lamp, może komuś się przyda: MotoBozzo.com


Dobre jest to, że halogeny można podłączyć w taki sposób, aby się odpalały, bądź nie odpalały po uruchomieniu silnika. Wówczas włączenie ich następuje po dwukrotnym naciśnięciu klaksonu świetlnego (do migania długimi).

No i na razie to tyle, jeśli chodzi o inwestycje w motocykl. Nowy napęd i opony założone po powrocie z Rumunii nie wymagają na razie żadnych zmian, bo też przebieg nie jest imponujący. Może w przyszłości skuszę się na wyższą szybę turystyczną, żeby tak nie wiało podczas jazdy. CBF-a spisuje się pierwszorzędnie i naprawdę nie daje mi powodów do narzekań. To będzie już mój trzeci sezon na niej i na razie nie rozważam zmiany. A jeżeli już to na motocykl, który obecnie jest jeszcze maszyną koncepcyjną, Honda Crosstourer 1200:

Honda V4 Crosstourer Concept 2011

środa, 16 grudnia 2009

Z Polski do Rumunii

Rumunia 2009

Dzień 1
Wtorek 18 sierpnia 2009


Z Warszawy wyjechałam po 14-ej z ambitnym zamiarem dojechania jeszcze tego samego dnia do Tokaju. Nie spodziewałam się, że tak szybko się ściemni, a roboty drogowe i oślepiające światła samochodów tak bardzo spowolnią moje tempo jazdy. W rezultacie na granicę ze Słowacją dotarłam dopiero około 23-ej. Wtedy też zauważyłam utratę dwulitrowej butelki Coca-Coli, która po opróżnieniu miała mi służyć za pojemnik na zapasowe paliwo. Spakowałam się jakbym jechała na Sybir, a i tak ciągle myślałam o rzeczach, które mogłam wziąć, a nie wzięłam. W końcu to moja pierwsza tak daleka podróż motocyklem. Inspiracją do niej była dla mnie wyprawa Oli i Jurka, którzy przed swoją wielką wyprawą relacjonowaną na www.worldonbikes.pl wybrali się najpierw do Transylwanii i opisali swoją podróż w Motovoyager.pl. Honda CBF 600 to nie Africa Twin, ale... też Honda! Musi się udać! Kto mówi, że do Rumunii można jeździć tylko na motocyklach typu enduro? Owszem, nasłuchałam się i naczytałam relacji o fatalnych drogach, cygańskich dzieciach, które potrafią zniszczyć sprzęt i bagaż, jeśli nie dasz im cukierków, no i przede wszystkim bałam się tego, że jadę sama. Miały być trzy motocykle, ale okazało się, że koleżanki wyjeżdżają kilka dni wcześniej i mają troszkę inną koncepcję zwiedzania. Ja od początku chciałam jechać od północy, a one wolały Morze Czarne. Odkąd obejrzałam podróże Micheala Palina po Europie Wschodniej, zapragnęłam zobaczyć na żywo jedyny w swoim rodzaju „Wesoły Cmentarz” w Sapancie, który zasłynął niekonwencjonalnymi nagrobkami, w barwny (dosłownie) sposób przedstawiającymi zmarłych. A zatem kierowałam się na Satu Mare.

W Barwinku posiliłam się, napiłam kawy, odsapnęłam chwilkę i już miałam jechać, kiedy dopadł mnie podchmielony kierowca TIR-a. Udałam, że go nie widzę, ale on wyraźnie zaaferowany niósł coś w obciętej plastikowej butelce i koniecznie chciał mi to pokazać. Okazało się, że był to martwy wąż. Po chwili zrobiło się wokół nas kółeczko gapiów, bo każdy chciał zobaczyć „jadowitą żmiję”. Powiesiłam węża na poręczy i po krótkich oględzinach w świetle latarki oznajmiłam tonem Wszechwiedzącej, że to zwykły zaskroniec, niejadowity a na dodatek martwy, na co gapie, zaspokoiwszy swą ciekawość, rozeszli się. Kierowca mi uprzejmie podziękował za fachową opinię i oddalił się, życząc mi szerokiej drogi.

Najedzona i podbudowana psychicznie wjechałam na Słowację. Tutaj zaskoczyła mnie nawierzchnia dróg. Masa dziur, ponuro i dziko. Na dodatek przy drodze leżały niezliczone trupy chomików europejskich, które nocą wychodzą na żer i trafiają prosto pod koła rozpędzonych aut. Co więcej, gdy zatrzymałam się przy jednym żywym chomiku, w ogóle nie uciekał, dziwne stworzenia…

Gdzieś między piątą a szóstą rano zgubiłam drogę. Za nic nie mogłam znaleźć przejścia granicznego z Węgrami. GPS wyprowadził mnie na jakieś boczne dróżki i nagle ni stąd ni zowąd znalazłam się w lesie. Zaczynało już świtać, ale twardo postanowiłam, że nie będę się cofać, jadę przed siebie - gdzieś w końcu ta dróżka mnie doprowadzi. Jechałam może 30-40km na godzinę, bo bałam się, że coś mi wyskoczy z tego lasu. I nagle, nieśpiesznym krokiem, z lasu wyszła piękna sarna. Przystanęła, więc ja też, popatrzyła na mnie i dostojnie pomaszerowała dalej. Wkrótce potem znalazłam się na głównej drodze wiodącej na Węgry.

Węgry stanowiły miły kontrast optyczny dla Słowacji, ładne, równe drogi, czytelne znaki, a kiedy wjechałam do Tokaju, przypomniały mi się austriackie miasteczka - czyste, wychuchane, jak z bajki. Na Węgrzech zauważyłam też, że wszyscy rowerzyści jeżdżą w odblaskowych kamizelkach. Nie wiem czy to moda, czy przepisy, ale tak sobie pomyślałam, ilu rowerzystów ginie w Polsce, bo jadą nieoświetleni w ciemnych strojach…


W Tokaju ograniczenie prędkości wynosi… 30km/h o czym informują nie tylko znaki drogowe, ale także tablice świetlne pokazujące z jaką prędkością nadjeżdżasz. Zrobiłam kółeczko, znalazłam kemping nad rzeką Tisą, gdzie planowałam pierwszy nocleg, spojrzałam na zegarek - 6 rano i postanowiłam jechać dalej. Niestety brak snu, zwłaszcza na motocyklu bywa bardzo uciążliwy i już po niecałej godzinie poczułam, że ogarnia mnie senność. Postanowiłam zjechać w pierwszej lepsze pole i zrobić sobie przerwę. Rozłożyłam karimatę i przysnęłam u boku mojego stalowego rumaka. Około 11:00 obudziło mnie przygrzewające słoneczko, czułam się jak młody bóg. Wstałam, zrobiłam sobie kawę, odświeżyłam się za krzaczkiem, zabrałam swoje śmieci i ruszyłam do Satu Mare.

Granicę przekroczyłam dosłownie kilkanaście, lub dziesiąt kilometrów od mojego miejsca postoju. O ile dotąd nie miałam styczności z pogranicznikami, a wręcz (wstyd się przyznać) na granicy słowacko-węgierskiej chodziłam w poszukiwaniu celnika, o tyle przy wjeździe do Rumunii odbywa się dobrze nam znana z jeszcze nie tak dawnych lat, kontrola paszportów. Celnik zapytał dokąd jadę, a na odjezdne pokazał mi charakterystyczny gest, żebym przygazowała, co ku uciesze gawiedzi zrobiłam. Już po chwili, około 14-ej wjechałam do Satu Mare. Bałam się, że będzie gorzej, ale okazało się, że warszawskie ulice to dobra szkoła przetrwania dla kierowców wybierających się na wschód ;-) Momentami Wschód jest nawet bardziej cywilizowany od Polski i tak np. absolutnym hitem były dla mnie światła drogowe z odliczaniem czasu. Kierowca dojeżdżając do świateł widzi ile ma czasu nim zmieni się światło. Ponieważ trafiłam na spore upały, widząc, że zielone włączy się dopiero za 86 sekund, wyłączałam silnik, żeby mi się nie przegrzał. Innym hitem, który przydałby się w wielu miejscach w Warszawie, były progi spowalniające tuż przed przejściami dla pieszych. Nie potrzeba żadnych świateł, wszystkie pojazdy grzecznie zwalniały, a piesi mogli bezpiecznie przejść przez dwu-, trzypasmową jezdnię.
Z Satu Mare skierowałam się na północny wschód. W pewnym momencie zgłupiałam i nie wiedziałam gdzie jestem, wszak słynna trasa transfogaraska jest w Siedmiogrodzie, a ja tu miałam serpentynę za serpentyną. Wreszcie dojechałam do Sygietu Marmaroskiego (Sighetu Marmaţiei). Według przewodnika, znajduje się tam mroczna pamiątka po reżimie Ceauşescu, więzienie, do którego wywożono więźniów politycznych. Ja jednak miałam jeden cel – „Wesoły Cmentarz" w Sapancie. Okazało się jednak, że dawno przejechałam Sapantę, a ponieważ właśnie pokonałam trudny odcinek wysypany żwirem, nie miałam ochoty zawracać. Poza tym zbliżała się 17:00, a ja od Warszawy nie miałam porządnego noclegu. Zaczęłam się rozglądać za kempingiem lub motelem i rzeczywiście, kilka kilometrów dalej znalazłam pensjonat, a obok gospodę, w której zjadłam swój pierwszy porządny posiłek. Nocleg kosztował mnie 100 lejów, ale opłacało się. Zostałam zakwaterowana w czyściutkim pokoju na drugim piętrze z widokiem na pola. Był też telewizor z kablówką, a że w Rumunii filmy zagraniczne idą w napisach, mogłam sobie pooglądać telewizję. Tuż obok mojego pokoju była spora łazienka z bidetem i prysznicem z oknem. Stoję pod prysznicem i patrzę na uprawę chmielu.

środa, 14 stycznia 2009

Nordkapp 2009

Pożegnaliśmy rok 2008, pora pomyśleć o planach na 2009. Po pierwsze, jeśli mam zacząć uprawiać turystykę motocyklową, to czas pożegnać dobrą, ale jak dla mnie, za małą i za słabą Rebelkę i zamienić na pojazd szosowo-turystyczny. Potem należy się rozejrzeć za ciekawą, acz nie za trudną trasą, no i wreszcie jakaś konkretna wyprawa.

Kilka spraw mi się już wyklarowało w grudniu. Rebelka ze spalonym sprzęgłem trafiła do warsztatu, a zarazem komisu i przechowalni motocykli. Na miejscu okazało się, że stoi tam śliczna Honda CBF 600N z 2004 roku z przebiegiem 18 tyś. Według sprzedającego sprzęt w super stanie - wsiadać i jechać, zero nakładu finansowego. Aby się nie władować na minę, zasięgnęłam języka u HooLooVoo z Forum Motocyklistów, który latem kupił prawie identyczną Hondę, również srebrną z tego samego rocznika. Chłopak udzielił mi wyczerpujących porad i wskazówek oraz polecił mi mechanika z FM, Greedo, który miał zerknąć i sprawdzić stan techniczny. Wg. jego opinii, historia motocykla jest trochę naciągana, bo miał lakierowane elementy, a gmole, rzekomo założone od nowości, były nienaruszone podczas gdy pod spodem dekielek na silniku miał szlifa. Do tego wygięta klamka hamulca, oraz latające podnóżki wskazujące na znacznie większy przebieg... Ogólnie jednak uznał, że pomimo tych nieścisłości motocykl miną nie jest i w zasadzie można go kupić. Długo się wahałam, studiowałam prospekty, testy i recenzje CBF-ki, starałam się też nie ulec Suzuki, która namawiała mnie na starszego, ale o 20 koni mocniejszego Fazera 600. Postanowiłam, że ma to być szosowo-turystyczna maszyna, która nie będzie mi robiła niespodzianek, co często jest traktowane jako wada tego motocykla. W testach można przeczytać, że motocykl nudny, poprawny do wyrzygania i niczym nie zaskakuje. Tego mi właśnie trzeba! A poza tym wspaniale mi się na nim siedzi. Zupełnie inny komfort! Decyzja zapadła, biorę CBF-kę, sprzedaję Rebelkę. Teraz jeszcze trzeba wymyślić jakąś trasę. Wiosną i tak będę "rybkować", jeździć na działkę, a może i robić krótkie wypady w Polskę. Np. do Bydgoszczy, więc zdołam się oswoić z maszyną. Ciuchy już mam. W ubiegłym sezonie kupiłam damską kurtkę Ixona Cheek a pod choinkę Mikołaj przyniósł mi spodnie również Ixona Luna. Teraz wyglądamy z Jo jak dwa klony, bo ona kupiła dokładnie taki sam komplet, tyle że w rozmiarze XS jak na mikrusa przystało ;-)

Wracając do podróży, to już jesienią pozazdrościłam chłopakom z klubu Transalp Polska wyprawy na Nordkapp latem 2008 - szczegółowa relacja jest tutaj. No ale kiedy oni tam byli, to ja jeszcze walczyłam z prawem jazdy i stawiałam pierwsze kroki na Rebelce. Jaka była moja radość i zaskoczenie, gdy mój osiedlowy sąsiad zamieścił na FM ogłoszenie, że szuka ludzi do wyprawy na Nordkapp w czerwcu/lipcu 2009. Wstępnie zgłosiłam chęć udziału i mam nadzieję, że nic mi nie pokrzyżuje planów. Teraz siedzę i studiuję wszystkie relacje osób, które w ostatnim czasie zdobyły Przylądek Północny. Dowiedziałam się z nich, że na ten wyjazd warto zainwestować w nowe opony do mokrych nawierzchni. Takich informacji nie znajdziesz w przewodnikach. Należy też pamiętać o opłatach za przejazdy mostem, promem itp. Wszak Norwegia to jedno z najdroższych państwo w Europie. Warto też wiedzieć, że można rozbić obóz niemal wszędzie, a dodatkowo po drodze stoją bungalowy (hytte), w których można zanocować. A na pierwszym Statoilu można kupić kubek na darmowe kawy we wszystkich Statoilach. Kocham Statoil :)

środa, 19 listopada 2008

Rok 2008 - 2oo rulez!

Rok 2008 okazał się dość przełomowy, najpierw licencja na nurkowanie, a potem kolejna nowa/stara pasja - motory. (stara, bo już od dawna nosiłam się z zamiarem zrobienia prawka na motor - odkąd jako 9-latka spotkałam na wakacjach w Grecji Markusa, Niemca, który przyjechał do Grecji z Niemiec motocyklem, na którym zresztą mnie przewiózł).
Na początku roku zaczęłam jazdy motocyklowe na kursie. Teorię zrobiłam jeszcze w październiku, potem z powodu nawału pracy i zimy zrobiłam sobie przerwę i na wiosnę wznowiłam kurs.
Na kursie były dwa motocykle Suzuki GN 125 - sympatyczny naked, ale jak dla mnie ciut za mały oraz Honda CBF 250. W sam raz! :) Kiedy wreszcie zaliczyłam egzamin wewnętrzny, przyszła pora na państwowy i... skłamałbym mówiąc, że poszło jak z płatka. Trzy podejścia to nie jest powód do dumy, chociaż preferuję wersję moich znajomych twierdzącących, że uwalono mnie, bo jeździłam zbyt dobrze i pewnie ;-) Każdy wierzy w to, co chce :D O swoich porażkach i ostatecznie sukcesie opisałam na Forum Motocyklistów w wątku Oblałam oraz Odlewnicza - Zdałam. Wszystkim, którzy kombinują, żeby na lewo zrobić prawko (kupić) powiem tyle - nie ma to jak satysfakcja, że się zdało samodzielnie. Przynajmniej jest co wspominać :)

Nie czekając na kolejne terminy egzaminów (każdy termin to kolejny miesiąc czekania) kupiłam od znajomej Hondę Rebel cmx 250 z 1985 roku. Bardzo fajnie utrzymane moto i co ważniejsze - chopperek. Marzyła mi się wprawdzie Yamaha Virago - jak większkości moich znajomych, ale stanęło na Hondzi i nie żałuję.

Motorek jest wprawdzie maleńki, ale też lekki i poręczny, a jego zalety zaczęłam odkrywać w ruchu miejskim. A i przyśpieszenie ma konkretne. Ostatnio zostawiłam na światłach pewnego Lexusa - do czasu oczywiście, bo na dłuższą metę Rebelka wyciąga ledwie 85 mil - ja pojechałam max 75 czyli jakieś 120 km/h - ale wrażenia były nieziemskie - tyle że myślałam, że mi kask z głowy zerwie ;-))
No więc stwierdziłam, że zamiast płacić za kolejne jazdy kupię sobie motorek i będę ćwiczyła w praktyce. Później dopiero znajomi mnie oświecili czym grozi jazda bez prawka i ewentualny udział w kolizji, ale wtedy już i tak było po ptakach. W tzw. międzyczasie zapisałam się na kilka for motocyklowych i odbyłam kilka przejażdżek z bardziej doświadczonymi motocyklistami. Z każdej takiej przejażdżki wynosiłam kolejne nauki, których trudno nabyć w czasie 20 godzin jazd na kursie. Nauczyłam się hamować przednim hamulcem (wcześniej miałam odruch "samochodowy" czyli hamowanie tylnym - do czasu aż na wilgotnej nawierzchni mnie zarzuciło. Wtedy zrozumiałam na czym polega blokada tylnego koła i co to oznacza dla jednośladu :) Krótko mówiąc ryzykując podjęłam próbę dokształcania się we własnym zakresie. I koniec końców z dobrym rezultatem. Ogromne podziękowania należą się ekipie na rybkę z forum motocyklistów.
Na szczęście mogłam jeszcze sporo pojeździć w tym sezonie, a nawet "wyrosnąć" z Rebelki. Decyzja zapadła - na nowy sezon kupuję mocniejszą maszynę.